Znamię
Pani
Renie Świętochowskiej
— Kto to jest ta panna?
— Jakto nie znasz jej? Panna Ela Rosłańska.
— Ach, to Ela Rosłańska.
Krynicki spojrzał z zaciekawieniem. Ma się rozumieć nazwisko Rosłańskich obijało mu się wciążo uszy. Obracali się w jednem i tem samem środowisku i dziwnym trafem tylko nie poznał ich dotychczas. Rosłańscy byli miljonerzy i panna Ela uchodziła za piękność.
— No, to przesada — pomyślał Krynicki. Ale zastrzeżenie odnosiło się do jakiegoś idealnego" pojęcia piękności. Bo poza tem uznał, że panna mogła się podobać. Była średniego wzrostu, zgrabna i miała bardzo ładne nogi. Pewien senny trochę wyraz twarzy dodawał jej specjalnego wdzięku.
— Musi mieć przewrócone w głowie — zrobił drugą uwagę po chwili, obserwując sposób w jaki panna Rosłańska rozmawiała z otaczającymi ją mężczyznami. Nie mogła się uskarżać na brak powodzenia. Krynicki przyjrzał jej się raz jeszcze i nagle postanowił w myśli:
— Ożenię się z nią.
Zdawał sobie sprawę, że nie było to łatwe zadanie, ale czyż całe jego dotychczasowe życie nie składało się z rozwiązywania trudnych zadań? Pochodził ze środowiska bardzo niskiego i ubogiego. Ojciec jego był woźnym sądowym w jednem z miast prowincjonalnych. Oczywiście były to już rzeczy dawno zatarte i zapomniane. Krynicki świetnie skończył gimnazjum i wydział prawny, od czwartej klasy utrzymując się już wyłącznie własnemi siłami. Miał nieprzebrane zasoby woli, energji i ambicji, która już w dziecinnych latach budziła w nim pragnienie zostania wielkim panem. Potem skrystalizowało się to wyraźniej w chęci wejścia do arystokracji. A gdy sobie coś postanowił nie ustawał w staraniach i wysiłkach dopóki celu nie dopiął. Nieraz szczęściło mu się poprostu, może dlatego, że umiał cierpliwie szukać szczęścia. Tak było z francuskim językiem. Chciał doskonale nauczyć się po francusku i dotąd starał się i przepytywał aż trafił na osiadłą w Polsce francuskę, byłą guwernantkę, która potrzebowała korepetytora dla syna. Krynicki zaczął mu dawać lekcje wzamian za naukę francuskiego. Ponieważ utrzymywał się wyłącznie z korepetycyj, więc był to dla niego straszny zbytek, ale z chęcią się głodził wobec nadziei, że się dobrze nauczy języka, a zwłaszcza posiądzie wymowę, której sam z podręczników nie potrafiłby zdobyć. I rzeczywiście w stosunkowo krótkim czasie nauczył się mówić bardzo płynnie. Dla angielszczyzny nawiązał romans z kościstą i szpetną Angielką, przyczem heroizm swój posuwał do tego, że przez cały czas studjów był jej wierny, ponieważ zasoby materjalne i rozkład czasu nie pozwalały mu już szukać pociechy gdzie indziej. Nie posiadając najmniejszej kultury domowej zdobywał ją sam, co mu ułatwiała intuicja i wysoce rozwinięty zmysł naśladownictwa. Specjalne starania poświęcił studjom nad heraldyką i nad stosunkami pokrewieństwa wybitniejszych rodzin polskich. Dzięki takiej celowej i konsekwentnej edukacji, a przytem ciągłym zabiegom o odpowiednie znajomości, upodobnił się wreszcie najzupełniej do tej sfery, do której chciał należeć.